Dzień dobry
internauci. Dzisiaj opisuje kolejną z ważnych dat w naszej tradycji. Nie chodzi
mi o 13 grudnia, który nagle stał się taki popularny ani nie chodzi mi o 11
listopada czy 10 kwietnia. Moim skromnym zdanie te daty i związane z nimi
wydarzenia zostały delikatnie mówiąc nadużyte przez nie do końca prawych i
sprawiedliwych polityków. Chodzi mi o Andrzejki. To nie tylko imieniny mojego teścia,
ale również wieloletnia tradycja zabaw, wróżb i ogólnie mówiąc dobrej zabawy. W
rodzinie to oznacza tradycyjną ucztę. Mamusia przygotowuje placki na
biszkoptach, z herbatnikami (w tym roku nowość użyła „Yes! z kminkiem”,
przypomniał mi się zapach wojskowych sucharów) a dla dzieci ciasteczka firmy dr
Gerard, babcia już wie, że pociechy zjedzą je ze smakiem. Potem kolacja bigos,
kiełbasy, kotlety, klopsy i tak dalej. Kilka lat temu wraz z Koleżanką, z którą
pracowałem przygotowaliśmy dla naszych podopiecznych imprezę andrzejkową. Dzięki
naszej drogiej znajomej wynajęliśmy salę, gdzie mogło się bawić blisko pięćdziesiąt
osób. Było to na wsi, więc głośna muzyka nikomu nie przeszkadzała. Spotkaliśmy się
w sobotni wieczór. Wszyscy przygotowani, my, jako organizatorzy przygotowaliśmy
ciepłe udka, mięso i napoje, a uczestnicy spotkania prześcigali się w
przeróżnych pomysłach kulinarnych. Były bigosy i z kapusty i cukinii, było
leczo, i klopsy i kiełbasa gotowana. Oczywiście słodkości było tyle, że nie
jestem wstanie wszystkiego wymienić. Były serniki i te na cieście i te na
biszkopcie i na ziemno, były też szarlotki i Pani Walewska i drożdżówka i nie
zabrakło ciastek do przegryzania takich jak „Markiza gold”, „Kabaretki
śmietankowe” jednak największym wzięciem cieszyły się „Mafijne Black”. Było
pewne, z głodu nie padniemy. Ale możemy a nawet powinniśmy paść ze zmęczenia,
spowodowanego całonocnymi tańcami. Tak jak nasze towarzystwo było mieszane tak
i muzyka była różna. Od rocka do disco polo. Parkiet zawsze był pełen tancerzy.
Oczywiście nie mogło zabraknąć konkursów, wróżb i lania wosku. Każda osoba,
która interpretowała woskowe figury, padała ze śmiechu tak jak cała sala, potem
wyścig butów, następnie rzucanie za siebie monetą, potem obieranie jabłka, kto
zrobi dłuższą obierkę i tak dalej. Jak to w tańcu bywa, ktoś kogoś nadepnął,
ktoś złamał obcas i kogoś buty uwierały i tańczył na boso. Impreza trwała do
późnej nocy i faktycznie padaliśmy na twarze ze zmęczenia. Największe
zaskoczenie było, gdy na koniec imprezy wszyscy razem sprzątaliśmy, myliśmy
naczynia generalnie uporządkowaliśmy salę. I każdy na odchodne nie dostał tradycyjnego
strzemiennego lecz „Pryncypałki” od dr Gerard-a, na osłodę powrotu do domu. I jak
to bywa przy takich spotkaniach powstały plany związane z sylwestrem i zabawą
karnawałową.