Anna i Krzysztof, młode małżeństwo z Warszawy. Oboje pracują
zawodowo, są znanymi w mieście dziennikarzami. Prowadzą bardzo ożywione
kontakty towarzyskie. W domu organizują liczne przyjęcia, przyjmują gości,
często też odwiedzają innych. W większości tych spotkań towarzyszy im
czteroletnia córeczka. Marta jest nie zwykle śliczną dziewczynką. Wzbudza
podziw, wszędzie tam, gdzie się znajdzie. Ta urocza, dziecięca buzia wielokrotnie
pojawiała się w mediach. Bilbordy, zdjęcia na okładkach popularnych czasopism,
czy reklamy z jej udziałem stały się zaszczytem dla młodych rodziców, którzy z
wielką dumą patrzyli na swoje dziecko. Wygląd zewnętrzny Marty przyciągał uwagę
wszystkich, nawet w przedszkolu znacznie wyróżniała się wśród pozostałych maluchów.
Ten nieustanny zachwyt otoczenia spowodował, że rodzice
pogubili się trochę w systemie wartości, bowiem fizyczność dziewczynki stała
się dla nich najważniejsza. Z wyjątkowo dużą przesadą koncentrowali się na tej
sferze, pomijając inne, o wiele bardziej istotne strony wychowania.
Brak rozsądku u Krzysztofa i Anny coraz częściej dawał się
zauważyć. W odpowiedzi na nieszczęśliwy wypadek, jaki spotkał ich córkę, okazali
się nad wyraz niedojrzali.
Podczas jednego z towarzyskich spotkań, odbywającego się w
ogrodzie miało miejsce następujące wydarzenie.
Kiedy rodzice wraz ze swoimi gośćmi grillowali w ogrodzie
Marta z innymi dziećmi: Ulą i Basią bawiła się w domu. Dziewczynki razem
chodziły do przedszkola. Ponieważ bardzo się lubiły, często spędzały ze sobą
dużo czasu.
Tymczasem zabawa na piętrze w pokoju Marty przebiegała w
atmosferze radości i zadowolenia, tym bardziej, że maluchy miały pod dostatkiem
słodyczy. I to jakich? DR GERARDA! Czego tam nie było:
KREMISIE, BISZKOPCIKI JAŚKI MORELOWE, KRAKERSY CEBULOWE,
KABARETKI ŚMIETANKOWE, ANDRUTY Z MLECZNĄ CZEKOLADĄ, PAŁECZKI KREMOWE MORELOWE.
Łakocie wszystkim dzieciom naprawdę smakowały. Nawet poszły
do ogrodu i tam dorosłych tymi słodkościami częstowały.
W pewnej chwili, przez nieuwagę, w roztargnieniu Marta
przewróciła się na rozpalonego grilla.
Od tej pory rozpoczął się dla niej koszmar. Poparzona buzia
nie była już tak ładna i to najbardziej przeszkadzało jej rodzicom. Nie mogli
pogodzić się, że jej twarz została oszpecona. Wstydzili się tego, postanowili
odciąć ją na jakiś czas od świata. Miało to trwać do chwili, kiedy rozległe
blizny zostaną usunięte. Ich wszelkie działania zmierzały tylko w kierunku
izolacji.
Nikt nie będzie oglądać Marty w takim stanie, powtarzali rodzice.
Pierwszym krokiem było zabranie dziecka z przedszkola. Dziewczynka
bardzo to przeżyła. W
wynajętym pod Warszawą mieszkaniu, pod opieką babci, spędziła dwa, bardzo
trudne lata swojego dzieciństwa. Niestety nie mogła przebywać i bawić się z
dziećmi, z którymi zawsze tak
dobrze się czuła. Oderwana od rzeczywistości, wyrwana ze świata rówieśników i innych znajomych, czuła się zagubiona.
Nikt jej nie odwiedzał, ona także z domu nie wychodziła. Rodzice również rzadko
ją odwiedzali.
Anna i Krzysztof dużo pracowali. Dwa zabiegi plastyczne, na które czekała ich córka okazały
się niezwykle drogie. Trzeba było zatem na nie zarobić. Dziewczynka
pozostawiona tylko z babcią nie mogła zrozumieć dlaczego? Każdego dnia rodziła
się tęsknota za domem i najbliższymi osobami. W zasadzie po wielu latach można myśleć,
że wszystko dobrze się skończyło, ale czy na pewno?
Rzeczywiście na twarzy Marty po oparzeniach nie ma żadnego
śladu. Pozostało jednak inne znamię.