Moja koleżanka ze studiów zajęła się w tym roku prowadzeniem
świetlicy edukacyjno-terapeutycznej dla dzieci niewidomych i słabo widzących w
naszym mieście. Od dawna już miała te plany, jednak ciągle pojawiały się jakieś
przeszkody. Wreszcie wszystko się udało. Zajęcia odbywały się tylko w soboty, ponieważ Agnieszka
pracowała zawodowo, a świetlicę prowadziła jedynie społecznie.
Całe przedsięwzięcie powstało przy siedzibie Polskiego
Związku Niewidomych, który w tym celu udostępnił swoje pomieszczenie. Placówka
utrzymywała się ze wsparcia ludzi dobrej woli. Środki finansowe w głównej
mierze pochodziły od prywatnych sponsorów, a częściowo także z Urzędu Miasta. Do
świetlicy uczęszczało czternaściorga dzieci w wieku od pięciu do piętnastu lat.
Niektóre z nich dojeżdżały nawet z
pobliskich miejscowości.
Zanim jednak rozpoczęto wszelkie działania, w lokalu trzeba
było przeprowadzić gruntowny remont. W tą ciężką pracę włączyli się
wolontariusze. Na początek musieli odświeżyć ściany. Położenie gładzi i malowanie zajęło im prawie dwa
tygodnie. Ponieważ nie byli fachowcami zajęło im to trochę więcej czasu. Po
skończonym malowaniu na podłodze położyli ciemne panele. Wykonali jeszcze
drobne wykończenia, po czym sala była już gotowa.
Agnieszka z wielką radością witała pierwszych uczestników,
cieszyła się, że świetlica zaczęła funkcjonować. Spełniło się w końcu jej
marzenie. Wcześniej miała duże wątpliwości: czy w ogóle cały jej pomysł dojdzie
do skutku. Długo zastanawiała się nad tym jak ma wszystko zorganizować, kogo
prosić o pomoc i z kim ma współpracować. Moja koleżanka skończyła pedagogikę,
była studentką znanego Uniwersytetu w Toruniu. Miała duże doświadczenie w pracy
z dziećmi, była naprawdę dobrym pedagogiem. Jej ogromne poświęcenie rzucało się
wszystkim w oczy, a pomysły i kreatywność
zadziwiały każdego. Sama bardzo kochała dzieci, ale i one ją uwielbiały.
Zajęcia, jakie prowadziła głównie odbywały się w placówce, chociaż spędzała z
dziećmi czas także na zewnątrz. Cieszyła się, że widzi efekty swojej pracy.
Świetlica miała kilku stałych sponsorów, którzy regularnie
wspierali ją finansowo . Jeden z nich systematycznie zaopatrywał ją w słodycze.
Dzieci najbardziej lubiły produkty DR GERARDA. Wszystkie były smaczne, jednak
największe powodzenie miały:
KREMISIE, BISZKOPCIKI JAŚKI MORELOWE,MAFIJNE
ŚMIETANKOWO-CYTRYNOWE, KRAKERSY CEBULOWE I PAŁECZKI KREMOWE MORELOWE. Nie było
takich zajęć, ani takiego spotkania, na którym podopieczni nie mieliby tych
smakołyków. W każdą sobotę mogli cieszyć się produktami DR GERARDA.
Agnieszka widząc radość swoich wychowanków czuła się bardzo
szczęśliwa. Wiedziała, że to, co robi jest słuszne. Chociaż nie miała za
poświęcony dzieciom czas żadnego wynagrodzenia, czuła się spełniona. Nie żałowała żadnego dnia, w którym angażowała
się w sprawy świetlicy. Praca społeczna dawała jej satysfakcję i zadowolenie.
Agnieszka podobnie, jak jej podopieczni również była osobą niewidomą, być może
dlatego lepiej niż inni je rozumiała. Koleżanki, które wspierały ją w prowadzeniu tego
dzieła, nie miały już takiego podejścia. Zawsze zastanawiały się nad tym, jak
ona to robi, że dzieci jej słuchają. Ona często im powtarzała nie trzeba dobrze
widzieć, żeby je kochać.