niedziela, 21 grudnia 2014

Nauczka



W malutkiej, górskiej wioseczce, otoczonej wrzosowym lasem, stała sobie chatka, w której mieszkali rodzice z siedmiorgiem małych pociech. Radosne okrzyki gromadki ślicznych urwisów rozlegały się każdego dnia po całej okolicy. Była mroźna i sroga zima, miękki i puszysty śnieg pomalował świat na biało. Dzieci codziennie biegały po okrytych śnieżnym dywanem łąkach, ciesząc się tą piękną i niezwykłą porą roku. Pewnego słonecznego poranka okazało się, że dzisiaj muszą same zostać w domu. Ich mamusia jechała do miasteczka po słodycze DR GERARDA, a tatuś wybierał się do lasu po drzewo, którego niespodziewanie zabrakło. Zanim jednak rodzice udali się w drogę poprosili: bawcie się grzecznie, bądźcie posłuszni i ostrożni. Nikomu też nie otwierajcie drzwi, aby nie spotkała was jakaś krzywda. Wszystkie maluchy zgodnie obiecały spełnić polecenia swoich opiekunów, potem rozpoczęły zabawę. Kiedy wesołe i figlarne rodzeństwo zaczynało grać w piłkę rozległo się głośne pukanie. Kto tam? Zapytał najstarszy Pawełek. Dzień dobry, jestem listonoszem, przyniosłem listy. Siedzimy sami i nie możemy nikomu otwierać, odpowiedział trochę zdziwiony chłopiec. To bardzo mądrze postępujecie, wrócę jak będą wasi rodzice. Po tych słowach starszy mężczyzna oddalił się szybkim krokiem w stronę pobliskiego domku. Za chwilę dzieci zapomniały o niespodziewanym gościu, a chrupiąc KRAKERSY CEBULOWE powróciły do dalszej zabawy.
Po niedługim czasie ktoś znowu zapukał do drzwi, po czym wszyscy usłyszeli nieśmiałe pytanie: czy mogę wejść? Małgosia, stojąca najbliżej rozpoznała po głosie małą Basię, z którą kilka dni wcześniej lepiła bałwanka. Po krótkim zastanowieniu, przypominając sobie co mówili rodzice, dzieci odpowiedziały: nie możemy cię teraz wpuścić, nie ma tatusia i mamusi. Dobrze, przyjdę później, odpowiedziała dziewczynka. Odchodząc nie zauważyła skradającego się tajemniczego człowieka, przysłuchującego się całej rozmowie.
W małej, okrytej śnieżną kołderką chatce nadal trwały radosne harce. Wkrótce dzieci zaczęły robić się głodne. Postanowiły zatem poszukać pysznych ciasteczek, które mamusia często trzymała w spiżarni. Niestety, czerwony koszyczek gdzie zawsze leżały był pusty, łakocie już się skończyły. Znalazły jednak w kredensie ulubione MARKIZY DR GERARDA. To sprawiło im wielką radość.
Tymczasem do drzwi po raz kolejny rozległo się pukanie. Po chwili nieznajomy mężczyzna odezwał się tymi słowami: otwórzcie kochane pociechy, niosę wam pyszną szarlotkę. Upiekła ją mamusia Basi, ona powiedziała, że długo nie ma już w domu waszych rodziców, więc na pewno jesteście głodne. Zachęcone dzieci niepewnie uchyliły drzwi. Do mieszkania wtargnął barczysty człowiek. Gdy zorientowały się, że jest oszustem , było już za późno. Zamknął je       w łazience i zajął się pakowaniem cennych przedmiotów.
Nieoczekiwanie pojawił się tatuś, na szczęście z powodu dużego mrozu postanowił szybciej wrócić do domu. Wówczas przestraszony złodziej zostawił swój czarny, wypełniony              po brzegi worek i w wielkim pośpiechu uciekł przez okno. Jeszcze w tym samym dniu został złapany przez policję i trafił do więzienia.
Po całym zdarzeniu zatroskani rodzice patrząc na spuszczone głowy swoich dzieci doskonale wiedzieli, że każde z siedmiorga rodzeństwa zapamięta i dobrze zrozumie tą przykrą, mogącą się źle skończyć przygodę. Tego wieczoru rodzice zamiast karcenia i upominania przeczytali maluchom bajkę o wilku i siedmiu koźlątkach. W swojej treści odnosiła się ona i wyraźnie nawiązywała do wydarzeń minionego popołudnia. Małe pociechy bezbłędnie odczytały płynący z niej morał, bardzo dokładnie pojęły starą, odwieczną prawdę, jaką najmłodszy Jasiu wyraził tymi słowami: w bajkach mamusiu mieszkają złe wilki, a w życiu mogą być źli ludzie. Tak mój synku, odpowiedziała ciepłym głosem uśmiechnięta kobieta. Od tej pory czytanie baśni stało się w tej rodzinie codziennym zwyczajem. W przyszłości wesołe urwisy nadal zostawały same w domu, ale już nigdy nikomu nie otworzyły drzwi.