Tomek i Asia byli raczej
grzecznymi dziećmi, nie mieliśmy z nimi żadnych kłopotów.
Nasze pociechy zakończyły rok szkolny z bardzo dobrymi
wynikami w nauce. Chcieliśmy więc z mężem ich za to jakoś nagrodzić.
Zastanawialiśmy się, co może sprawić im największą radość. Ponieważ obojga
fascynowały przygody, postanowiliśmy zabrać je na wyjątkową wyprawę.
Zaplanowaliśmy wyjazd do Zieleniewa, gdzie czekały na nich niezapomniane
wrażenia.
Dzieciaki nie wiedziały dokąd jadą, to była niespodzianka.
Przez cały czas próbowały się od nas dowiedzieć, jaki jest
cel naszej podróży. Oczywiście nic im z tego nie wyszło. Na szczęście w połowie
drogi skupiły swoją uwagę na produktach DR GERARDA. Asia i Tomek ostatnio bardzo polubiły te
słodycze. Najczęściej kupują KABARETKI ŚMIETANKOWE i PAŁECZKI KREMOWE MORELOWE.
Jednak tym razem wzięły jeszcze ze sobą KRAKERSY CEBULOWE. Zanim zjadły te
wszystkie zapasy, dotarliśmy już na miejsce.
Przed nami pojawiło się
miasteczko „dzikiego zachodu”. Na parkingu przywitał nas Indianin, który
pomagał w realizacji fantastycznego programu. Był przewodnikiem i opiekunem
podczas całego pobytu. Po przekroczeniu bramy „dzikiego zachodu” przez zabawę
przenieśliśmy się w klimaty westernu.
Na początku przed sceną, która
miała niepowtarzalny charakter ubrano nas w barwy ochronne na twarzach, żeby
każdy tubylec wiedział, że jesteśmy gośćmi nastawionymi pokojowo. Po tym
zaczęła się na dobre nasza kowbojska przygoda.
Dzieci już na samym wstępie
zachwyciły się zwiedzaniem mini ZOO. Znalazły się tam zwierzęta hodowlane,
które oswojone przez ludzi przebywają w kojcach, domkach i zagrodach. Z kolei my z mężem nigdy nie
zapomnimy przejażdżki bryczką i konno w siodle. Tamtejsze konie rzeczywiście są
przyjaźnie nastawione, chętnie przewiozły nas na swoich grzbietach. Bryczką
wraz z sympatycznym woźnicą
jeździliśmy po terenie miasteczka i po najbliższej okolicy. Podczas jazdy
słuchaliśmy różnych śpiewów.
Ciekawostką było także strzelanie
z łuku w indiańskiej strzelnicy. W tym miejscu moi dwaj mężczyźni sprawdzali
swoje oko i umiejętności strzeleckie. Próbowali strzelać z prawdziwego
indiańskiego łuku w tarczę. Dla najlepszych czekały nagrody niespodzianki od
samego szeryfa.
Następnie wszyscy razem bawiliśmy się przy ognisku w
wigwamie. Indianie prezentowali tam swoje egzotyczne tańce. Byli ubrani w
prawdziwe, własnoręcznie wykonane stroje. Muzyka porywała wszystkich do
wspólnej zabawy. Nie zabrakło też licznych konkursów.
Koronnym punktem programu były
pokazy kaskaderskie z udziałem kaskaderów, koni i kowboi. Dużym
zainteresowaniem cieszyła się również scenka westernowa wykonana przez aktorów „dzikiego
zachodu”, która przedstawiała jak dobro zwycięża zło.
Na koniec wstąpiliśmy do banku,
gdzie nasze dzieci otrzymały dolary z własnym zdjęciem, a my z mężem listy gończe z fotografią
swojej twarzy. To naprawdę oryginalne pamiątki z pobytu w tym miasteczku. W sklepie z pamiątkami
dla znajomych zakupiliśmy drobne upominki, a przed samym odjazdem
odpoczywaliśmy pod parasolem od skwaru grzejącego słońca, wsłuchując się w
muzykę centry.
Tą całą wyprawą sprawiliśmy sobie i naszym dzieciom
niecodzienną frajdę, w ogóle nie chciało mam się wracać do domu.