niedziela, 28 grudnia 2014

NIESPODZIANKA



Tomek i Asia byli raczej grzecznymi dziećmi, nie mieliśmy z nimi żadnych kłopotów.
Nasze pociechy zakończyły rok szkolny z bardzo dobrymi wynikami w nauce. Chcieliśmy więc z mężem ich za to jakoś nagrodzić. Zastanawialiśmy się, co może sprawić im największą radość. Ponieważ obojga fascynowały przygody, postanowiliśmy zabrać je na wyjątkową wyprawę. Zaplanowaliśmy wyjazd do Zieleniewa, gdzie czekały na nich niezapomniane wrażenia.
Dzieciaki nie wiedziały dokąd jadą, to była niespodzianka.
Przez cały czas próbowały się od nas dowiedzieć, jaki jest cel naszej podróży. Oczywiście nic im z tego nie wyszło. Na szczęście w połowie drogi skupiły swoją uwagę na produktach DR GERARDA. Asia          i Tomek ostatnio bardzo polubiły te słodycze. Najczęściej kupują KABARETKI ŚMIETANKOWE                    i PAŁECZKI KREMOWE MORELOWE. Jednak tym razem wzięły jeszcze ze sobą KRAKERSY CEBULOWE. Zanim zjadły te wszystkie zapasy, dotarliśmy już na miejsce.
Przed nami pojawiło się miasteczko „dzikiego zachodu”. Na parkingu przywitał nas Indianin, który pomagał w realizacji fantastycznego programu. Był przewodnikiem i opiekunem podczas całego pobytu. Po przekroczeniu bramy „dzikiego zachodu” przez zabawę przenieśliśmy się w klimaty westernu.
Na początku przed sceną, która miała niepowtarzalny charakter ubrano nas w barwy ochronne na twarzach, żeby każdy tubylec wiedział, że jesteśmy gośćmi nastawionymi pokojowo. Po tym zaczęła się na dobre nasza kowbojska przygoda.
Dzieci już na samym wstępie zachwyciły się zwiedzaniem mini ZOO. Znalazły się tam zwierzęta hodowlane, które oswojone przez ludzi przebywają w kojcach, domkach i zagrodach.            Z kolei my z mężem nigdy nie zapomnimy przejażdżki bryczką i konno w siodle. Tamtejsze konie rzeczywiście są przyjaźnie nastawione, chętnie przewiozły nas na swoich grzbietach. Bryczką wraz       z sympatycznym woźnicą jeździliśmy po terenie miasteczka i po najbliższej okolicy. Podczas jazdy słuchaliśmy różnych śpiewów.
Ciekawostką było także strzelanie z łuku w indiańskiej strzelnicy. W tym miejscu moi dwaj mężczyźni sprawdzali swoje oko i umiejętności strzeleckie. Próbowali strzelać z prawdziwego indiańskiego łuku w tarczę. Dla najlepszych czekały nagrody niespodzianki od samego szeryfa.
Następnie wszyscy razem bawiliśmy się przy ognisku w wigwamie. Indianie prezentowali tam swoje egzotyczne tańce. Byli ubrani w prawdziwe, własnoręcznie wykonane stroje. Muzyka porywała wszystkich do wspólnej zabawy. Nie zabrakło też licznych konkursów.
Koronnym punktem programu były pokazy kaskaderskie z udziałem kaskaderów, koni                  i kowboi. Dużym zainteresowaniem cieszyła się również scenka westernowa wykonana przez aktorów „dzikiego zachodu”, która przedstawiała jak dobro zwycięża zło.
Na koniec wstąpiliśmy do banku, gdzie nasze dzieci otrzymały dolary z własnym zdjęciem,      a my z mężem listy gończe z fotografią swojej twarzy. To naprawdę oryginalne pamiątki z pobytu      w tym miasteczku. W sklepie z pamiątkami dla znajomych zakupiliśmy drobne upominki, a przed samym odjazdem odpoczywaliśmy pod parasolem od skwaru grzejącego słońca, wsłuchując się w muzykę centry.
Tą całą wyprawą sprawiliśmy sobie i naszym dzieciom niecodzienną frajdę, w ogóle nie chciało mam się wracać do domu.