Święta z reguły kojarzą się nam z
pięknymi chwilami i radosnymi przeżyciami: rodzinną atmosferą, pysznymi
ciastami, kolorową choinką, prezentami. A tymczasem los jest nieprzewidywalny i
takie pozytywne wyobrażenia czasami każe skonfrontować z zupełnie odmienną
sytuacją. Takie niemiłe zdarzenie przytrafiło się koleżance mojej mamy. Z
powodu nagłej choroby tuż przed świętami trafiła do szpitala. Mieszkała w domu
sama, a jej dzieci wraz z rodzinami osiedlili się bardzo daleko od domu
rodzinnego. Co prawda na święta mieli przyjechać do swojej mamy, ale zanim to
nastąpiło, parę dni musiała spędzić sama w szpitalu bez wsparcia bliskich w swojej
chorobie. Moja mama odwiedzała ją, lecz jej wizyty były krótkie z powodu
własnych przedświątecznych obowiązków. Zresztą wyobrażam sobie, że to i tak nie
to samo co wizyta najbliższej rodziny. Ja również jeden raz wybrałam się z mamą
by ją odwiedzić. W drodze do szpitala wstąpiłyśmy do sklepu spożywczego po
jakieś słodycze dla chorej. Wzięłyśmy kilka opakowań łakoci od Dr Gerarda,
między innymi Biszkopciki Jaśki Morelowe, Pryncypałki Kokos Mafijne, oraz
Torcik C-moll Orzechowy. Kupiłyśmy wodę mineralną, sok wiśniowy oraz trochę
owoców. Dużo ciastek nie kupowałyśmy, gdyż mama wzięła kawałek herbatnika własnej produkcji.
Oto składniki i sposób
przygotowania:
Trzy jajka, jedna szklanka cukru,
pół szklanki oleju, pół szklanki miodu sztucznego, płynnego, pół szklanki
herbaty zimnej mocnej (z dwu łyżeczek herbaty), dwie szklanki mąki, jedna łyżeczka
proszku do pieczenia, jedna łyżeczka sody.
Ubić białka na sztywną piankę,
wrzucić żółtka i cukier, nie przestając ubijać, potem dodać miód i ostudzony
napar z herbaty. Na koniec wsypać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i
sodą. Piec około pięćdziesiąt minut w temperaturze sto osiemdziesiąt stopni.
Ostudzone ciasto można polać roztopioną tabliczką mlecznej czekolady.
Dotarłyśmy do szpitala i
odnalazłyśmy oddział neurologiczny, gdzie leżała mamy koleżanka. Mijając kręte
korytarze nie uszedł mojej uwadze ogromny spokój i cisza na poszczególnych
oddziałach. Kto tylko czuł się na siłach wypisywał się na święta do domu. Gdy
tylko weszłyśmy na salę koleżanka mamy ogromnie się ucieszyła, w szczególności widokiem
mamy. Z tego co mama później mi mówiła w chorobie jej koleżanki nastąpił
wyczekiwany przełom. Podczas
wcześniejszych wizyt ledwie ją rozpoznawała i trzeba było ją poić, bo nie miała
siły w rękach. O jedzeniu nie było mowy, odżywiano ją kroplówkami. Teraz
zaczęła zupełnie zrozumiale mówić i zaczęto podawać jej posiłki. Władza w
rękach również wróciła. Położyłyśmy na jej szafce słodki upominek. Mama poszła do
dyżurki pielęgniarek by zanieść im herbatnik oraz znakomite na takie okazje Torcik
i Pryncypałki Dr Gerarda. To taki gest za troskliwą opiekę nad naszą chorą.
Posiedziałyśmy i porozmawiałyśmy jeszcze z nią chwilę i pełne nadziei na szybki
jej powrót do zdrowia wróciłyśmy do domu.