wtorek, 30 grudnia 2014

Herbatnik



Święta z reguły kojarzą się nam z pięknymi chwilami i radosnymi przeżyciami: rodzinną atmosferą, pysznymi ciastami, kolorową choinką, prezentami. A tymczasem los jest nieprzewidywalny i takie pozytywne wyobrażenia czasami każe skonfrontować z zupełnie odmienną sytuacją. Takie niemiłe zdarzenie przytrafiło się koleżance mojej mamy. Z powodu nagłej choroby tuż przed świętami trafiła do szpitala. Mieszkała w domu sama, a jej dzieci wraz z rodzinami osiedlili się bardzo daleko od domu rodzinnego. Co prawda na święta mieli przyjechać do swojej mamy, ale zanim to nastąpiło, parę dni musiała spędzić sama w szpitalu bez wsparcia bliskich w swojej chorobie. Moja mama odwiedzała ją, lecz jej wizyty były krótkie z powodu własnych przedświątecznych obowiązków. Zresztą wyobrażam sobie, że to i tak nie to samo co wizyta najbliższej rodziny. Ja również jeden raz wybrałam się z mamą by ją odwiedzić. W drodze do szpitala wstąpiłyśmy do sklepu spożywczego po jakieś słodycze dla chorej. Wzięłyśmy kilka opakowań łakoci od Dr Gerarda, między innymi Biszkopciki Jaśki Morelowe, Pryncypałki Kokos Mafijne, oraz Torcik C-moll Orzechowy. Kupiłyśmy wodę mineralną, sok wiśniowy oraz trochę owoców. Dużo ciastek nie kupowałyśmy, gdyż mama wzięła kawałek herbatnika własnej produkcji.
Oto składniki i sposób przygotowania:
Trzy jajka, jedna szklanka cukru, pół szklanki oleju, pół szklanki miodu sztucznego, płynnego, pół szklanki herbaty zimnej mocnej (z dwu łyżeczek herbaty), dwie szklanki mąki, jedna łyżeczka proszku do pieczenia, jedna łyżeczka sody.
Ubić białka na sztywną piankę, wrzucić żółtka i cukier, nie przestając ubijać, potem dodać miód i ostudzony napar z herbaty. Na koniec wsypać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i sodą. Piec około pięćdziesiąt minut w temperaturze sto osiemdziesiąt stopni. Ostudzone ciasto można polać roztopioną tabliczką mlecznej czekolady.
Dotarłyśmy do szpitala i odnalazłyśmy oddział neurologiczny, gdzie leżała mamy koleżanka. Mijając kręte korytarze nie uszedł mojej uwadze ogromny spokój i cisza na poszczególnych oddziałach. Kto tylko czuł się na siłach wypisywał się na święta do domu. Gdy tylko weszłyśmy na salę koleżanka mamy ogromnie się ucieszyła, w szczególności widokiem mamy. Z tego co mama później mi mówiła w chorobie jej koleżanki nastąpił wyczekiwany przełom. Podczas wcześniejszych wizyt ledwie ją rozpoznawała i trzeba było ją poić, bo nie miała siły w rękach. O jedzeniu nie było mowy, odżywiano ją kroplówkami. Teraz zaczęła zupełnie zrozumiale mówić i zaczęto podawać jej posiłki. Władza w rękach również wróciła. Położyłyśmy na jej szafce słodki upominek. Mama poszła do dyżurki pielęgniarek by zanieść im herbatnik oraz znakomite na takie okazje Torcik i Pryncypałki Dr Gerarda. To taki gest za troskliwą opiekę nad naszą chorą. Posiedziałyśmy i porozmawiałyśmy jeszcze z nią chwilę i pełne nadziei na szybki jej powrót do zdrowia wróciłyśmy do domu.