wtorek, 16 grudnia 2014

W ZOO.

            Witam serdecznie, kilka tygodni temu wybraliśmy się na wycieczkę do ZOO. Był to gorący jesienny weekend. Nasze dzieci kochają zwierzęta i zawsze marzyły o takiej wycieczce. Tak się składa, że przy okazji odwiedzimy rodzinę, której od roku nie widzieliśmy. Nasza podróż rozpoczęła się od dojazdu na pociąg. Jak tylko zajęliśmy miejsca nasze pociechy zgłodniały. Byliśmy przygotowani na tę okoliczność, zapakowaliśmy do plecaka „Andruty kokosowe”. Jazda trwała dwie godziny, więc gdy dzieci się znudziły, zrobiliśmy konkurs, jaki przysmaki firmy dr Gerard mamy w plecaku. Padały różne odpowiedzi, że „Rurka waflowa orzechowa”, że „Pryncypałki” czy „Zwierzaki”. I w taki sposób minęło pół godziny. Po dojechaniu na miejsce do ogrodu mieliśmy kilkuminutowy spacerek. Gdy weszliśmy na teren ZOO i kupiliśmy przysmaki dla zwierząt, ruszyliśmy podziwiać dzikie okazy. Córka chciała oglądać ptaki, papugi i inne egzotyczne gatunki, syn wolał dzikie koty. Ja, jako zodiakalny lew poczułem zew natury i poczułem „Wilczy Apetyt”, dobrze, że mieliśmy jeszcze „Maślane listki”. Trochę podjadłem, musiało to starczyć do obiadu. Zwiedzaliśmy dalej, teraz płazy i gady. Te pająki i węże zrobiły na nas ogromne wrażenie, chociaż obawialiśmy się czy nasza córeczka nie będzie się bała w nocy. Dużo radości sprawiły nam surykatki i tak zwane Juliany, czyli lemury. Wraz ze smakołykami dotarliśmy do wszystkożernych kóz. To była świetna zabawa, karmienie tych łakomczuchów. Stara koza zjadła nawet torebkę foliową, w której trzymaliśmy karmę. Po kilku godzinach zwiedzania przyszedł czas na odwiedziny u rodziny. Mieszkają w pobliżu ogrodu zoologicznego, więc chwila odpoczynku na ławeczce i dalej w drogę. Musieliśmy zahaczyć o sklep spożywczy i dokupić ciasteczek dr Gerard-a. Synowi wpadła w oko nazwa „Mośki krakersowe”, więc je kupiliśmy. U kuzyna byliśmy pierwszy raz na nowym mieszkaniu. Był to nowo wybudowany blok z windami i pięknymi balkonami. U drzwi przywitała nas ku wielkiemu zaskoczeniu kotka „Arletka”. Piękna rudo-biała kicia. Dzieci zapomniały o głodzie ruszyły do zabawy. A dorośli w spokoju zwiedziliśmy mieszkanie i usiedliśmy do kawy. Jako deser zostaliśmy poczęstowani drożdżówką ze śliwkami. Potem pyszny obiad: pieczone ziemniaczki i rybka zapiekana ze szpinakiem. Palce lizać. Nigdy bym nie pomyślał, że będę jadł coś zielonego niczym Marynarz Popeye. Gospodarze zdradzili nam tajemnicę przepisu. Szpinak należy przesmażyć z czosnkiem i serem pleśniowym. I to daje ten niepowtarzalny smak. Po takich rarytasach nie mieliśmy siły się ruszyć, a tu nadeszła chwila powrotu do domu. Jeszcze w mieszkaniu córka zapowiedziała, że musimy kupić do pociągu coś z oferty firmy dr Gerard. Nikt z nas nie protestował, ponieważ wszyscy jesteśmy smakoszami tych produktów.

Teraz było inaczej, gdy tylko zajęliśmy miejsca w przedziale dzieciaki niczym niedźwiedzie zapadły w sen. A my z żoną mogliśmy w spokoju porozmawiać a nawet poczytać książkę.