Witam
serdecznie, kilka tygodni temu wybraliśmy się na wycieczkę do ZOO. Był to
gorący jesienny weekend. Nasze dzieci kochają zwierzęta i zawsze marzyły o
takiej wycieczce. Tak się składa, że przy okazji odwiedzimy rodzinę, której od
roku nie widzieliśmy. Nasza podróż rozpoczęła się od dojazdu na pociąg. Jak tylko
zajęliśmy miejsca nasze pociechy zgłodniały. Byliśmy przygotowani na tę
okoliczność, zapakowaliśmy do plecaka „Andruty kokosowe”. Jazda trwała dwie godziny,
więc gdy dzieci się znudziły, zrobiliśmy konkurs, jaki przysmaki firmy dr
Gerard mamy w plecaku. Padały różne odpowiedzi, że „Rurka waflowa orzechowa”,
że „Pryncypałki” czy „Zwierzaki”. I w taki sposób minęło pół godziny. Po dojechaniu
na miejsce do ogrodu mieliśmy kilkuminutowy spacerek. Gdy weszliśmy na teren
ZOO i kupiliśmy przysmaki dla zwierząt, ruszyliśmy podziwiać dzikie okazy. Córka
chciała oglądać ptaki, papugi i inne egzotyczne gatunki, syn wolał dzikie koty.
Ja, jako zodiakalny lew poczułem zew natury i poczułem „Wilczy Apetyt”, dobrze,
że mieliśmy jeszcze „Maślane listki”. Trochę podjadłem, musiało to starczyć do
obiadu. Zwiedzaliśmy dalej, teraz płazy i gady. Te pająki i węże zrobiły na nas
ogromne wrażenie, chociaż obawialiśmy się czy nasza córeczka nie będzie się
bała w nocy. Dużo radości sprawiły nam surykatki i tak zwane Juliany, czyli
lemury. Wraz ze smakołykami dotarliśmy do wszystkożernych kóz. To była świetna
zabawa, karmienie tych łakomczuchów. Stara koza zjadła nawet torebkę foliową, w
której trzymaliśmy karmę. Po kilku godzinach zwiedzania przyszedł czas na
odwiedziny u rodziny. Mieszkają w pobliżu ogrodu zoologicznego, więc chwila
odpoczynku na ławeczce i dalej w drogę. Musieliśmy zahaczyć o sklep spożywczy i
dokupić ciasteczek dr Gerard-a. Synowi wpadła w oko nazwa „Mośki krakersowe”,
więc je kupiliśmy. U kuzyna byliśmy pierwszy raz na nowym mieszkaniu. Był to
nowo wybudowany blok z windami i pięknymi balkonami. U drzwi przywitała nas ku
wielkiemu zaskoczeniu kotka „Arletka”. Piękna rudo-biała kicia. Dzieci
zapomniały o głodzie ruszyły do zabawy. A dorośli w spokoju zwiedziliśmy
mieszkanie i usiedliśmy do kawy. Jako deser zostaliśmy poczęstowani drożdżówką
ze śliwkami. Potem pyszny obiad: pieczone ziemniaczki i rybka zapiekana ze
szpinakiem. Palce lizać. Nigdy bym nie pomyślał, że będę jadł coś zielonego
niczym Marynarz Popeye. Gospodarze zdradzili nam tajemnicę przepisu. Szpinak należy
przesmażyć z czosnkiem i serem pleśniowym. I to daje ten niepowtarzalny smak. Po
takich rarytasach nie mieliśmy siły się ruszyć, a tu nadeszła chwila powrotu do
domu. Jeszcze w mieszkaniu córka zapowiedziała, że musimy kupić do pociągu coś
z oferty firmy dr Gerard. Nikt z nas nie protestował, ponieważ wszyscy jesteśmy
smakoszami tych produktów.
Teraz było inaczej, gdy tylko
zajęliśmy miejsca w przedziale dzieciaki niczym niedźwiedzie zapadły w sen. A my
z żoną mogliśmy w spokoju porozmawiać a nawet poczytać książkę.