PODRÓŻ
Kilka dni temu okazało się, że zostałam oddelegowana do innej naszej placówki. Bliźniacza filia naszej firmy mieści się w odległości około 180 kilometrów stąd. Kierowniczka wspomnianej placówki uległa wypadkowi i na jakiś czas trzeba ją zastąpić. Chętnych nie było. Szef wyznaczając zastępstwo sugerował się kompetencją pracownika oraz dyspozycyjnością, no i wypadło na mnie. Dziewczyny odetchnęły z ulgą. Każda ma sporo dodatkowych, domowych zajęć tuż przed świętami. Mi również ich nie brakuje, jednak sama nie przygotowuję kolacji wigilijnej, a święta spędzam w gościnie
u innych. Wcale nie byłam szczęśliwa z tego powodu, ale jak trzeba jechać, to trudno. Pojadę. Potraktowałam ten wyjazd jak zło konieczne. Nie znam miasta, żadnej z pracujących tam osób i na domiar złego nie mam pojęcia, jaki zastanę tam porządek w papierach. Przecież zbliża
się koniec roku, więc bilans musi być gotowy. Od tego rozmyślania rozbolała mnie głowa, zastanawiałam się, czy jechać pociągiem, czy może lepiej samochodem? Każde z tych rozwiązań ma swoje plusy i minusy. Jeśli wybiorę samochód, mogę zatrzymać się kiedy chcę i gdzie chcę, ale taka podróż wymaga dużego skupienia. W pociągu w tym czasie mogę na przykład czytać książkę, odpoczywać. Natomiast muszę się dostosować do godzin odjazdu i przyjazdu pociągów.
Kurczę, nie wiem co robić. Trzeba sprawdzić pogodę, to bardzo przydatna informacja,
kiedy planujemy wyjazd. Po kilkukrotnym rozważeniu wszystkich opcji, zdecydowałam! Niezależność wzięła górę, samochód zwyciężył. Wyjeżdżam jutro skoro świt, a dokładniej o piątej rano. Po pracy jakieś drobne zakupy, potem pakowanie i jeszcze kilka telefonów do mamy i przyjaciół. Wstąpiłam do małego, osiedlowego sklepiku po mleko, pieczywo i oczywiście trochę łakoci na poprawę nastroju. Kupiłam, a jakże, torcik orzechowy z firmy Dr Gerard i andruty w białej i w mlecznej czekoladzie. Na usprawiedliwienie mojego sumienia, na tak rażące łakomstwo, stwierdziłam, że mój organizm domaga się magnezu. Przecież intensywnie pracuję, a do tego stres związany z nowymi obowiązkami. Idąc tym tokiem myślenia poprosiłam jeszcze o dołożenie do moich zakupów rurek waflowych CHOCO, które tak lubi Zosia. Tak zaopatrzona weszłam do domu. Zadzwoniłam do Nowickich z prośbą, aby zajęli się moim labradorem. Po mojego psa przyjechał Tomek, na pewno Frodo będzie u nich szczęśliwy. Ubóstwia Zosię i ich goldenkę o imieniu Fiona. Jak ich znam, to dadzą się Ewie nieźle we znaki. Razem przez pół dnia poszaleją w ogrodzie, żeby tylko nie padało. Tomek też nie grzeszy brakiem apetytu, dosłownie w locie połknął pozostawione na stole krakersy cebulowe i jeszcze śmiejąc się zapytał, czy mam więcej. Roześmiana pokręciłam przecząco głową i zaoferowałam kolejną porcję przy odbieraniu psa. Zawiedziony wziął Frodo i jego bagaż, rurki waflowe dla Zosi i wyszedł kiwając ręką na pożegnanie. Po raz kolejny pomyślałam, że dobrze mieć takich przyjaciół.
u innych. Wcale nie byłam szczęśliwa z tego powodu, ale jak trzeba jechać, to trudno. Pojadę. Potraktowałam ten wyjazd jak zło konieczne. Nie znam miasta, żadnej z pracujących tam osób i na domiar złego nie mam pojęcia, jaki zastanę tam porządek w papierach. Przecież zbliża
się koniec roku, więc bilans musi być gotowy. Od tego rozmyślania rozbolała mnie głowa, zastanawiałam się, czy jechać pociągiem, czy może lepiej samochodem? Każde z tych rozwiązań ma swoje plusy i minusy. Jeśli wybiorę samochód, mogę zatrzymać się kiedy chcę i gdzie chcę, ale taka podróż wymaga dużego skupienia. W pociągu w tym czasie mogę na przykład czytać książkę, odpoczywać. Natomiast muszę się dostosować do godzin odjazdu i przyjazdu pociągów.
Kurczę, nie wiem co robić. Trzeba sprawdzić pogodę, to bardzo przydatna informacja,
kiedy planujemy wyjazd. Po kilkukrotnym rozważeniu wszystkich opcji, zdecydowałam! Niezależność wzięła górę, samochód zwyciężył. Wyjeżdżam jutro skoro świt, a dokładniej o piątej rano. Po pracy jakieś drobne zakupy, potem pakowanie i jeszcze kilka telefonów do mamy i przyjaciół. Wstąpiłam do małego, osiedlowego sklepiku po mleko, pieczywo i oczywiście trochę łakoci na poprawę nastroju. Kupiłam, a jakże, torcik orzechowy z firmy Dr Gerard i andruty w białej i w mlecznej czekoladzie. Na usprawiedliwienie mojego sumienia, na tak rażące łakomstwo, stwierdziłam, że mój organizm domaga się magnezu. Przecież intensywnie pracuję, a do tego stres związany z nowymi obowiązkami. Idąc tym tokiem myślenia poprosiłam jeszcze o dołożenie do moich zakupów rurek waflowych CHOCO, które tak lubi Zosia. Tak zaopatrzona weszłam do domu. Zadzwoniłam do Nowickich z prośbą, aby zajęli się moim labradorem. Po mojego psa przyjechał Tomek, na pewno Frodo będzie u nich szczęśliwy. Ubóstwia Zosię i ich goldenkę o imieniu Fiona. Jak ich znam, to dadzą się Ewie nieźle we znaki. Razem przez pół dnia poszaleją w ogrodzie, żeby tylko nie padało. Tomek też nie grzeszy brakiem apetytu, dosłownie w locie połknął pozostawione na stole krakersy cebulowe i jeszcze śmiejąc się zapytał, czy mam więcej. Roześmiana pokręciłam przecząco głową i zaoferowałam kolejną porcję przy odbieraniu psa. Zawiedziony wziął Frodo i jego bagaż, rurki waflowe dla Zosi i wyszedł kiwając ręką na pożegnanie. Po raz kolejny pomyślałam, że dobrze mieć takich przyjaciół.