Moja znajoma poprosiła mnie o zajęcie się jej dziećmi. Sama miała ważne sprawy do załatwienia. Musiała pojechać do Warszawy na szkolenie, które umożliwiło by jej awans w pracy. Mąż koleżanki jest za granicą, a więcej nie ma rodziny, która mogłaby zająć się jej dziećmi. Trochę się tego obawiałam ,ponieważ moja znajoma ma trójkę słodkich pociesz. Najmłodsza ma trzy latka, a najstarsza dziesięć lat. Często widuje się z nimi, wiec one mnie znają i lubią a ja ich. Nie wiedziałam jak spędzić ten czas by się nie nudziły u mnie w domu. U mnie, bo wolałam tak. Na moim osiedlu jest bardzo ładny plac zabaw. Kiedy przyszedł ten dzień mojej opieki nad skarbami Uli, byłam lekko podenerwowana. Za godzinę miały przyjechać dzieci. I tak tez się stało. Na początku kiedy wchodziły do mojego mieszkania, były stremowane, chociaż już tutaj bywały. Zaczęłam z nimi żartować , zaprowadziłam ich do salonu. Ula ucałowała je po kolei i zamknęła za sobą drzwi. Moje maluszki rozsiadły się na kanapie. Zapytałam na co mają ochotę, nie wiedziały. Wiec musiałam wziąć w swoje ręce ich rozbawienie. Na początku zajęliśmy się układaniem klocków, ale to się szybko znudziło, wiec zaczęliśmy malować. Dzieciaczki wytrzymały godzinkę. Ja w tym czasie ugotowałam budyń waniliowy i podałam go z sokiem malinowym. Kiedy zjadły ze smakiem, postanowiłam wybrać się z nimi na spacer. Poszliśmy na plac zabaw. Pogoda była piękna słoneczna. Dzieciaczki były przeszczęśliwe. Biegały śmiały się . W pewnym momencie zapytały mnie czy
nie mam jakiegoś ciasteczka. A ja przypomniałam sobie , ze wczoraj w sklepie kupiłam herbatniki yes z czarnuszką. Bardzo je lubię. Yes są różno smakowe produkowane przez firmę ,,Dr Gerard’’. Wyjęłam je i poczęstowałam dzieci, patrzyłam z ciekawością, czy im smakują i okazało się ze tak. Wpadłam na pomysł, ze po zabawie pójdziemy do sklepu i jeszcze zakupimy jakieś produkty tej firmy. Widziałam kilka ciekawych ciasteczek, takie jak krakersy czy pryncypałki. Dzieciaczki świetnie się bawiły ,a ja zażywałam kąpieli słonecznej. Zbliżał się czas obiadu, wiec zawołałam dzieci , w drodze do domu wstąpiliśmy do sklepu po łakocie. Dzieciaczki powybierały sobie to na co miały ochotę. Ela wybrała rurki kremowe, Jaś krakersy cebulowe, a Ola wzięła kremisie. Oczywiście wszystko firmy,,Dr Gerard’’. Po powrocie do domu i zjedzeniu obiadu, zaczęła się uczta ciasteczkowa. Oglądania smakowania nie było umiaru. Cudowny był to dzień i nie potrzebnie się na początku martwiłam.