niedziela, 21 grudnia 2014

Sobotnie zakupy



W każdą sobotę po południu wybieramy się z mężem na większe zakupy, praktykujemy to już od wielu lat. To chyba taka rodzinna tradycja. W ciągu tygodnia tyle się u nas dzieje, że na chodzenie po sklepach brakuje nam czasu.
W minioną sobotę, jak co tydzień zrobiliśmy porządki w mieszkaniu, po czym udaliśmy się do miasta. Tym razem jednak wyjątkowo zabraliśmy ze sobą nasze dzieci. Zwykle raczej tego nie robimy, ponieważ wtedy wszystko dłużej nam schodzi. W tą sobotę udało się jednak smykom nas przekonać. Cieszyły się, że będą mogły w końcu oglądać wystawy. Nie często mają taką okazję. Mieszkamy przecież 30 kilometrów od Poznania. W czasie drogi nawiązała się między nami krótka rozmowa. Zastanawialiśmy się nad tym, jak w tym roku będą wyglądały święta Bożego Narodzenia. Dotąd spędzaliśmy je w domu rodzinnym męża. Niestety w związku ze śmiercią jego rodziców spotkanie przy wigilijnym stole, we wspólnym gronie nigdy już nie będzie możliwe. Nie wrócą tamte chwile, kiedy wszyscy byliśmy razem. Gdy tak wspominaliśmy dawne czasy, nawet nie zauważyliśmy, że stoimy przed marketem. Trzeba było wysiadać. Czekały nas naprawdę duże zakupy. Dziewczynki jak zawsze pobiegły jako pierwsze. Musieliśmy trochę przyspieszyć, żeby nie zniknęły nam z oczu. Nasze dzieci miło nas zaskoczyły, gdyż same zdążyły zorganizować koszyki. Całą czwórką ruszyliśmy zatem po zakupy. Tym razem nie było to takie proste. Przejścia między regałami były bardzo wąskie, a sklep oblegały tego dnia tłumy ludzi. Przemieszczaliśmy się powoli i ostrożnie, uważając by nie strącić niczego z półek. Z kolei Kasia i Patrycja ku naszemu zdziwieniu uważały, by się nie zgubić. Najtrudniej było dostać się do pieczywa. Przy nabiale też mieliśmy małą przeprawę. Dopiero, jak przeszliśmy na chemię, zrobiło się o wiele luźniej. Tam zapakowaliśmy kilka produktów i poszliśmy po soki i napoje. Został nam tylko jeszcze punkt z wędlinami. Tutaj dziewczynki zniechęcone długą kolejką zaczęły się niecierpliwić. Zajęci z mężem rozmową, nawet nie spostrzegliśmy, jak zaczęły się od nas oddalać. Kiedy zorientowaliśmy się, że ich nie ma, poczuliśmy strach. Nie wiedzieliśmy, co mamy dalej robić. Wyjść na zewnątrz? Szukać córek po sklepie? Czy może najpierw iść do kasy?
Tymczasem Artur wpadł na pomysł, który okazał się trafiony. Rzeczywiście było, tak jak myślał. Znaleźliśmy dziewczynki na dziale ze słodyczami. W pierwszej chwili ogarnęła nas złość, ale gdy zobaczyliśmy nasze dzieci z wypełnionym po brzegi koszykiem, zaczęliśmy się śmiać. Słodycze niemal wypadały im na podłogę. Najzabawniejsze było jednak to, że wszystkie były DR GERARDA. Kasia i Patrycja ostatnio wybierają jedynie te produkty. Najbardziej smakują im PAŁECZKI KREMOWE MORELOWE, MARKIZY I KRAKERSY CEBULOWE. Bliźniaczki są wierne produktom DR GERARDA, wcale nie chcą jeść innych. 
Zgadzamy się z mężem na takie rozwiązanie,
ponieważ słodycze DR GERARDA,
nie dość, że dobre,
to jeszcze są tanie!