W każdą sobotę po południu wybieramy się z mężem na większe
zakupy, praktykujemy to już od wielu lat. To chyba taka rodzinna tradycja. W
ciągu tygodnia tyle się u nas dzieje, że na chodzenie po sklepach brakuje nam
czasu.
W minioną sobotę, jak co tydzień zrobiliśmy porządki w
mieszkaniu, po czym udaliśmy się do miasta. Tym razem jednak wyjątkowo
zabraliśmy ze sobą nasze dzieci. Zwykle raczej tego nie robimy, ponieważ wtedy
wszystko dłużej nam schodzi. W tą sobotę udało się jednak smykom nas przekonać.
Cieszyły się, że będą mogły w końcu oglądać wystawy. Nie często mają taką okazję.
Mieszkamy przecież 30 kilometrów od Poznania. W czasie drogi nawiązała się
między nami krótka rozmowa. Zastanawialiśmy się nad tym, jak w tym roku będą
wyglądały święta Bożego Narodzenia. Dotąd spędzaliśmy je w domu rodzinnym męża.
Niestety w związku ze śmiercią jego rodziców spotkanie przy wigilijnym stole,
we wspólnym gronie nigdy już nie będzie możliwe. Nie wrócą tamte chwile, kiedy
wszyscy byliśmy razem. Gdy tak wspominaliśmy dawne czasy, nawet nie
zauważyliśmy, że stoimy przed marketem. Trzeba było wysiadać. Czekały nas
naprawdę duże zakupy. Dziewczynki jak zawsze pobiegły jako pierwsze. Musieliśmy
trochę przyspieszyć, żeby nie zniknęły nam z oczu. Nasze dzieci miło nas zaskoczyły,
gdyż same zdążyły zorganizować koszyki. Całą czwórką ruszyliśmy zatem po
zakupy. Tym razem nie było to takie proste. Przejścia między regałami były
bardzo wąskie, a sklep oblegały tego dnia tłumy ludzi. Przemieszczaliśmy się
powoli i ostrożnie, uważając by nie strącić niczego z półek. Z kolei Kasia i
Patrycja ku naszemu zdziwieniu uważały, by się nie zgubić. Najtrudniej było
dostać się do pieczywa. Przy nabiale też mieliśmy małą przeprawę. Dopiero, jak
przeszliśmy na chemię, zrobiło się o wiele luźniej. Tam zapakowaliśmy kilka
produktów i poszliśmy po soki i napoje. Został nam tylko jeszcze punkt z
wędlinami. Tutaj dziewczynki zniechęcone długą kolejką zaczęły się
niecierpliwić. Zajęci z mężem rozmową, nawet nie spostrzegliśmy, jak zaczęły
się od nas oddalać. Kiedy zorientowaliśmy się, że ich nie ma, poczuliśmy
strach. Nie wiedzieliśmy, co mamy dalej robić. Wyjść na zewnątrz? Szukać córek
po sklepie? Czy może najpierw iść do kasy?
Tymczasem Artur wpadł na pomysł, który okazał się trafiony.
Rzeczywiście było, tak jak myślał. Znaleźliśmy dziewczynki na dziale ze
słodyczami. W pierwszej chwili ogarnęła nas złość, ale gdy zobaczyliśmy nasze
dzieci z wypełnionym po brzegi koszykiem, zaczęliśmy się śmiać. Słodycze niemal
wypadały im na podłogę. Najzabawniejsze było jednak to, że wszystkie były DR
GERARDA. Kasia i Patrycja ostatnio wybierają jedynie te produkty. Najbardziej
smakują im PAŁECZKI KREMOWE MORELOWE, MARKIZY I KRAKERSY CEBULOWE. Bliźniaczki
są wierne produktom DR GERARDA, wcale nie chcą jeść innych.
Zgadzamy się z mężem na takie rozwiązanie,
ponieważ słodycze DR GERARDA,
nie dość, że dobre,
to jeszcze są tanie!